O autorze
Beata Kenig od stycznia 2015 roku związana jest Fundacją Ashoka - Innowatorzy dla dobra publicznego, gdzie odpowiada za koordynowanie programów, m.in. Społeczny StartUp oraz działania promocyjne i komunikacyjne.

Zanim nawiązała współpracę z Ashoką, wspierała inne organizacje pozarządowe w kontaktach z mediami i promocji ich działalności. Przedsiębiorczość i innowacje społeczne to główny obszar jej zainteresowania. Z wykształcenia anglistka i amerykanistka, od wielu lat zajmuje się szkoleniami i tłumaczeniami.

Czy inteligencja ma płeć i inne pytania

W 2005 roku Lawrence Summers, profesor ekonomii i ówczesny rektor Uniwersytetu Harvarda, zasugerował, iż to „wrodzone różnice w zdolnościach” między kobietami a mężczyznami mogą wyjaśnić, dlaczego wciąż tak mało kobiet zajmuje się naukami ścisłymi. Stwierdzenie to kosztowało go stanowisko, ale nawet dzisiaj w to, że kobiety z definicji nie dorównują mężczyznom jeśli chodzi o zrozumienie zaawansowanej matematyki wciąż wierzy nie tylko wielu mężczyzn, ale także niemało kobiet. Jeśli takim poglądom się sprzeciwiamy, czego potrzeba do tego, by eliminować tak głęboko zakorzenione stereotypy?

Wybitna astrofizyczka Joan Feynman, siostra Richarda Feynmana, wielkiego fizyka teoretycznego i laureata Nagrody Nobla, w wieku 5 lat zaczęła asystować starszemu o 9 lat bratu w jego pierwszym laboratorium. Było całkowicie do przewidzenia, że to właśnie fizyka stanie się jej powołaniem. Zapewne nie spodziewała się reakcji ze strony matki, jaka nastąpiła, kiedy w wieku 8 lat Joan zakomunikowała rodzicom, kim będzie, kiedy dorośnie. Lucille Feynman, w młodości sufrażystka, powiedziała ponoć, że „kobiety nie mogą zajmować się naukami ścisłymi. Ich mózgi nie są do tego przystosowane.” Ze swoich marzeń Joan na szczęście nie zrezygnowała, bo brat wytrwale zaszczepiał w niej miłość do fizyki przez kolejnych kilka lat. Według syna Joan Feynman, dziennikarza i publicysty Charlesa Hirshberga, długo by wymieniać liczne przeszkody i upokorzenia, które Feynman musiała znosić w swych naukowych dążeniach. Podczas studiów w latach 40-tych jeden z profesorów zasugerował jej, że powinna napisać doktorat na temat struktury pajęczyn, na które natrafia podczas sprzątania. Choć dzisiaj na taki żart nikt by sobie nie pozwolił (nieprawdaż?), pewne, nazwijmy to, schematy myślowe dotyczące kobiet wciąż istnieją.

Udział kobiet w profesjach i działalności naukowej w dziedzinach związanych z naukami ścisłymi, inżynierią, informatyką (ang. STEM, czyli Science, Technology, Engineering, Mathematics), wciąż jest niski (choć powoli rośnie). W USA i Wielkiej Brytanii wśród inżynierów kobiety stanowią zaledwie między 9 a 13 procent (w zależności od źródeł danych). Znacznie lepiej pod tym względem wygląda choćby Polska (ok. 20-25 procent). Na stanowiskach technicznych w branży IT w krajach anglosaskich to nieco ponad 20 procent (podobnie w Polsce). Na wysokich stanowiskach naukowych lub zarządczych w dziedzinach związanych z naukami ścisłymi lub technicznymi kobiety stanowią zaledwie kilka procent.

Do jakich wniosków można dochodzić, kiedy się patrzy na takie dane? Jest lepiej niż jeszcze 30 lat temu, ale, zwłaszcza w niektórych dziedzinach, niewiele lepiej. To, według wielu, jest niezbitym dowodem na to, że kobiety nie mają biologicznych predyspozycji, czy też są pozbawione jakiegoś szczególnego genu odpowiedzialnego za matematyczne zdolności. Ponadto ze swej natury nie wykazują zainteresowań światem zjawisk fizycznych, matematyką i techniką (robią to tylko wyjątki potwierdzające regułę). Ale można także dowodzić, że skoro liczba kobiet zajmujących się fizyką lub informatyką stale rośnie, to nie o predyspozycje chodzi, ale o wielowiekowe zaszłości historyczne i wciąż silne stereotypy.

Tych zaszłości nie da się podważyć. To prawda ogólnie znana, choć nie zawsze pamiętana, że aż do początków XX wieku kobiety nie miały wstępu na wyższe uczelnie, a też i dostęp do jakiejkolwiek przyzwoitej edukacji był dla nich co najmniej utrudniony. Te bardziej śmiałe i przeciwstawiające się licznym zakazom płaciły za swój pęd do wiedzy bardzo wysoką cenę, z utratą życia włącznie. No tak, powiedzą sceptycy, ale przecież co najmniej od stu lat nic nie stoi na przeszkodzie, by kobiety zdobywały wykształcenie w dowolnej dziedzinie. Co je zatem powstrzymuje?

Na przestrzeni dziejów kobiety miały wybitne osiągnięcia w astronomii, fizyce, matematyce na długo przed tym, jak otworzyły się przed nimi drzwi do uczelni. Ich dokonania niejednokrotnie były marginalizowane lub przypisywane mężczyznom. O tym mało wiemy, bo mało się o tym pisze i mówi. A kiedy zagłębiamy się w temat, odkrywamy fascynujący katalog osiągnięć uczonych, takich jak Caroline Herschel, Maria Cunitz, Emilie du Chatelet, Laura Bassi, Maria Gaetana Agnesi, Maria Mitchell, Mary Somerville, Maria Skłodowskiej Curie i jej córka Irene, Maria Goeppert-Mayer i wiele innych. Ich historie powinny stanowić inspirację nie tylko dla współczesnych dziewcząt i młodych kobiet, ale także młodych mężczyzn.

Badania pokazują, że kobiety, częściej niż mężczyźni, mają tendencję do zaniżania oceny swoich umiejętności. W ubiegłym roku Fundacja Edukacyjna Perspektywy przeprowadziła badanie, które wykazało, że choć 41 maturzystek dobrze oceniało swoje zdolności matematyczne, tylko 12 procent podjęło studia inżynierskie, a tylko 4 procent – informatyczne. 88 procent maturzystek twierdzi, że nikt nigdy nie zachęcał ich do zainteresowania się technologiami, a 86 procent nigdy nie zetknęło się z kobietą inżynierem. 7 procent uczennic klas maturalnych uważa, że studia inżynierskie nie są dla kobiet odpowiednie.

I znów ktoś mógłby powiedzieć: i co z tego? Od oceny matematycznych zdolności w liceum jeszcze daleka droga do zostania inżynierem lub informatykiem. Tyle tylko, że kiedy ma się kilkanaście lat i wciąż wokół słyszy się, że z czymś sobie nie poradzi albo coś nie wypada tylko dlatego, że jest się kobietą, bardzo łatwo w to uwierzyć. Żeby nie wiem, jak zaprzeczać istnieniu stereotypów, one wciąż są i mają się dobrze. Eillen Pollack, amerykańska pisarka i eseistka, która jako jedna z dwóch pierwszych kobiet uzyskała tytuł licencjata z fizyki w Yale (w 1978 r.) wspomina, jak w szkole średniej do której uczęszczała w latach 70-tych, na nieliczne zaawansowane kursy z fizyki dziewczęta nie miały wstępu. Dyrektor szkoły nie widział takiej potrzeby bo, jak twierdził, „dziewczęta nigdy nie wybierają nauk ścisłych jako przedmiotów wyższych studiów.” Aby dostać się na studia, zgłębiała temat samodzielnie z podręczników, bez wsparcia ze strony nauczycieli i rodziców. Ci drudzy uważali, że są zdecydowanie bardziej odpowiednie ścieżki kształcenia i przyszłej kariery dla młodej kobiety, niż fizyka.

Kiedy Lawrence Summers wygłosił swój budzący kontrowersje pogląd, Pollack wróciła na Yale by zbadać temat wciąż niskiej reprezentacji kobiet na kierunkach ścisłych. Choć atmosfera dla młodych kobiet stała się znacznie bardziej przyjazna, choć w 2010 roku niemal 40% studentów fizyki w Yale stanowiły kobiety, to jednak liczne wywiady ze studentkami i absolwentkami potwierdziły wciąż istniejące uprzedzenia, brak zachęt i bariery, które kobietom utrudniają kariery naukowe lub zatrudnienie w zawodach technicznych. Stwierdzenia typu: „Jest tyle kierunków humanistycznych, bardziej odpowiednich dla kobiet,” czy „znajomości matematyki od kobiet właściwie nie wymagam,” czy choćby „jeśli Pani nie jest pewna, czy dokonała Pani dobrego wyboru studiów, to najpewniej powinna Pani zmienić kierunek na coś bardziej dla Pani odpowiedniego,” wciąż nie należą do rzadkości. Eksperyment przeprowadzony przez naukowców z Yale w 2012 roku wykazał, że uprzedzenia dotyczące kompetencji i potencjału kobiety w naukach ścisłych są tak samo silne u mężczyzn jak i kobiet piastujących wysokie stanowiska w instytucjach badawczych. Podczas badania profesorom fizyki, biologii i chemii (obu płci) sześciu placówek naukowych przedstawiono identyczne profile (z takimi samymi wynikami w nauce i rekomendacjami) dwojga młodych naukowców. Znacznie mniej chętnie stanowisko pracy oferowano kobiecie, a jeśli już, proponowane dla niej wynagrodzenie było co najmniej 4000 dolarów rocznie niższe.

Trudno walczyć ze stereotypami, jeśli same kobiety osiągające sukces w danej dziedzinie utrudniają kariery młodszym koleżankom. Psychologowie nazywają to zjawisko syndromem królowej pszczół, który oznacza, że kobiety, które osiągnęły wysoką pozycję w dziedzinach postrzeganych jako typowo męskie niejako dystansują się od reszty kobiet. Swojego sukcesu nie postrzegają one jako dowodu na to, że stereotypy są błędne, ale na to, iż one same stanowią wyjątek od powszechnie uznanej za słuszną reguły.

Od kiedy Albercik z „Seksmisji” wygłosił mowę, w której stwierdził m.in., że „[…] gdyby nie mężczyźni świat w ogóle nie ruszyłby z miejsca. Historia postępu, to historia mężczyzn… Wszyscy wielcy uczeni, humaniści, wynalazcy byli mężczyznami” popularyzacja wiedzy o kobietach w nauce, tych współczesnych i tych żyjących wieki temu wciąż jest mizerna. Znajomość dokonań Madame Curie to stanowczo za mało. Można przywołać znacznie więcej przykładów, począwszy od starożytnego Egiptu (gdzie według historyków kobiety wnosiły niebagatelny wkład w rozwój medycyny). W czasach nowożytnych na pewno trzeba znać Marię Cunitz, urodzoną w Świdnicy w 1610 roku astronomkę, która wsławiła się dziełem Urania Propitia, będącym udoskonaleniem Tablic Rudolfińskich Keplera (katalogu 1500 gwiazd); Emilie du Chatelet (1706-1749), francuską matematyczkę i fizyczkę, twórczynię wzoru na energię kinetyczną, która w jednej ze swoich prac przewidziała m.in. falową naturę światła; Marię Mitchell, pierwszą w USA astronomkę, która odkryła w 1848 roku nazwaną swoim imieniem kometę, zajmowała się obserwacją mgławic, zjawiskami zaćmienia słońca oraz księżycami Saturna i Jowisza; Caroline Herschel, urodzoną w Hanowerze astronomkę, która wraz z bratem Williamem prowadziła długoletnie badania w obserwatorium w Anglii, odkrywając osiem komet i opisując liczne gromady gwiazd i mgławice. W 1835 roku Herschel została wybrana do Royal Astronomical Society jako jedna z dwóch pierwszych kobiet, wraz ze szkocką matematyczką i fizyczką Mary Somerville, autorką licznych prac, m.in. z dziedziny zjawiska magnetyzmu. Z czasów mniej odległych warto wymienić Irene Curie-Joliot, która wraz z mężem otrzymała Nagrodę Nobla za odkrycie sztucznej promieniotwórczości (w 1935 r.); Marię Goeppert-Mayer, która otrzymała Nagrodę Nobla za odkrycie dotyczące struktury powłokowej jądra atomowego. Rosalind Franklin (1920-1958) i Lise Meitner to uczone pominięte przez Komitet Noblowski, choć to one w walny sposób przyczyniły się do odkryć tą nagrodą uhonorowanych: ta pierwsza to autorka licznych badań, które legły u podstaw odkrycia struktury DNA, za które Nobla otrzymali James Dewey Watson i Francis Crick; Lise Meitner wraz z Otto Hahnem, niemieckim fizykochemikiem, prowadziła badania nad rozszczepieniem jądra atomu. Choć w równym stopniu do tych prac się przyczyniała, to tylko Otto Hahn został uhonorowany Nagrodą Nobla (w 1944 r.).

Te i wiele innych uczonych w historii to kobiety wybitne nie tylko ze względu na swoje dokonania naukowe, ale także determinację w pokonywaniu przeszkód i upokorzeń (podczas badań prowadzonych w Berlinie, Lise Meitner musiała do instytutu wchodzić tylnym wejściem, zaś do sal wykładowych w ogóle nie miała wstępu). Są jednak także i takie, których działania, dążenia i sukcesy naukowe wspierali i doceniali światli mężczyźni z ich najbliższego otoczenia: bracia, mężowie, ojcowie. Tak było w przypadku Marii Cunitz (jej drugi mąż, matematyk i astronom partnerował jej w badaniach), Mary Somerville (jej drugi mąż i uznany lekarz, William Somerville, otwarcie wychwalał intelektualną wyższość swojej żony), Emilie du Chatelet, o której gruntowne wykształcenie zadbał ojciec a w późniejszym życiu jej wieloletni kochanek, Wolter; czy choćby Maria Skłodowska-Curie i jej córka, obie wspierane i zachęcane przez ojców i mężów.

Czego zatem potrzeba, by efektywniej popularyzować wiedzę o zarówno męskich, jak i kobiecych osiągnięciach w nauce, by zadbać o wprowadzanie zarówno chłopców jak i dziewcząt w fascynujący świat odkryć w fizyce, chemii, technologii oraz by przekonywać i jednych i drugich, że świat nauki nie ma płci i nie ma w nim nic, czego nie wypada badać tylko dlatego, że jest się dziewczynką lub kobietą? Wydaje się, że w tej dziedzinie istnieje jeszcze ogromne pole do społecznych innowacji, polegających na lokalnych i oddolnych działaniach edukacyjnych i budowaniu partnerstw ze szkołami, rodzicami, mediami. Na takich innowatorów wciąż czekamy, choć wzorce i sprawdzone metody działania już są, jak choćby te stosowane przez Munira Hasana (członka Ashoki), który takimi działaniami oddolnymi sprawił, że uczniowie z Bangladeshu, przez dekady kraju o bardzo okrojonych programach nauczania matematyki zaczęli brać udział w międzynarodowych olimpiadach matematycznych. W Nigerii Oreoluwa Somolu (także zrzeszona w Ashoce), założycielka organizacji W.TEC właśnie ze szkołami nawiązuje partnerstwa, organizując dla dziewcząt szkolenia z zakresu ICT i budując sieci mentorek i mentorów dla dziewcząt i kobiet, które tą branżą się interesują. Od kilku lat Ashoka z sukcesem prowadzi międzynarodowy program Changemaker Schools (w Polsce: Szkoły z mocą zmieniania świata), wspierający szkoły, w których uczy się empatii i tolerancji, twórczego podejścia do zdobywania wiedzy, pracy w zespole i w których nie ma miejsca na wskazywanie do czego wypada a do czego nie wypada dążyć tylko dlatego, że jest się chłopcem lub dziewczynką. W takiej szkole na pewno nikt nie usłyszy, że „matematyka nie jest dla dziewczynek.” Changemaker Schools to prawdziwa nadzieja na skuteczne eliminowanie mentalnych uprzedzeń, jeśli coraz więcej szkół, nauczycieli i rodziców zacznie uznawać, że znalezienie się w gronie takich właśnie szkół to nie tylko zaszczyt, ale także wymóg naszych czasów.

Niewątpliwie zawsze będą istnieć dziedziny i profesje, które będą zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla mężczyzn niż dla kobiet i vice versa. Dobrze jednak, byśmy doczekali czasów, kiedy kobieta na czele zespołu astronomów, programistów, konstruktorów zaawansowanej aparatury medycznej nie będzie nikogo szokować, a stwierdzenia, że kobiety owszem mogą nauczyć się programowania, ale co najwyżej pralki, odejdą do historii.
Trwa ładowanie komentarzy...